Taksą na plażę i... po mistrzostwo świata

2017-07-26 12:21:53(ost. akt: 2017-07-26 12:50:45)

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

— Występowanie z orłem na piersi to niesamowite uczucie. To się nigdy nie nudzi — mówi Stanisław Kozeko, który niedawno sięgnął po złoty medal mistrzostw Europy w kategorii MASTERS. Z 61-letnim strongmanem z Mazur rozmawiamy m.in. o rywalizacji z młodszymi zawodnikami, kolejnych sportowych wyzwaniach oraz... jaki związek ma z tym wszystkim taksówka.
— Zacznę dość sztampowo. W jakim wieku wziął się pan za ciężary?
— Tak poważniej wziąłem się za nie około trzydziestki. Ciężary to zresztą dość rozległe pojęcie. Przez ten czas zajmowałem się różnymi tematami: od kulturystyki po trójbój siłowy (przysiad ze sztangą, wyciskanie leżąc i martwy ciąg - przyp. red.).

— Trzydziestka to w tym przypadku późno czy wcześnie?
— Myślę, że w tego typu sportach - o ile ktoś ma oczywiście odpowiednie predyspozycje - wiek nie jest aż tak poważną przeszkodą. A jeśli komuś - przez tyle długich lat - ten sport daje nieustannie dodatkową motywację do tego, by wciąż pozostawać aktywnym i dbać o siebie, to... czego chcieć więcej? W styczniu skończyłem 61 lat i czuję się świetnie, w dużej mierze właśnie dzięki ciężarom.

— Czemu jednak akurat one? Jest wiele innych pięknych sportów, jak np. bieganie. Też pozwalają zachować formę.
— W przeszłości biegałem, nawet nie tak mało. I myślę, że nie byłem w tym najgorszy. To jednak nie było to, czego szukałem. Inny rodzaj emocji. Ciężary po prostu mnie kręcą. Podobnie jak rywalizacja z młodszymi. Zwłaszcza tymi, dla których mógłbym być dziadkiem.

— Jak przyjmują pana na zawodach? Jak na siłowni?
— W jednym i drugim przypadku bardzo pozytywnie. Nie spotkałem się praktycznie z żadnymi negatywnymi głosami. A przynajmniej nic mi o nich nie wiadomo. Z drugiej strony... to co kto mówi za plecami niezbyt mnie interesuje.

— Pamięta pan pierwszy trening? Z reguły jest najtrudniejszy.
— Starałem się trzymać formę odkąd pamiętam, więc nie było to tak, że startowałem od kompletnego zera. Zrobienie kilku pompek to jednak coś zupełnie innego niż próby bicia rekordów na sztandze. Tak poważniej wziąłem się za ciężary dzięki świętej pamięci Adasiowi Bondarowi, wybitnemu reprezentantowi Polski z LKS Orzeł Karolewo. Poszedłem do niego... i ten sport pochłonął mnie całkowicie. Okazało się zresztą, że mam do niego smykałkę. Niektórzy trenowali po rok czy dwa i mieli wyniki takie, jakie ja uzyskiwałem od razu. A rezultaty dość szybko ulegały poprawie.

— Co było takim punktem, po którym pan pomyślał: "cholera, to właśnie to"?
— W zawodach regionalnych czy wojewódzkich praktycznie zawsze byłem na podium. Pomyślałem więc, że warto spróbować wyżej. Pojechałem do Władysławowa na Mistrzostwa Polski i... kompletnie się tego nie spodziewając zająłem 3. miejsce. Właśnie wtedy dotarło do mnie, że chyba nie jest aż tak źle z moją formą. Wyznaczyłem sobie cel i zabrałem się ostro do jego realizacji. Minął rok przygotowań, pojechałem na kolejne mistrzostwa i nie tylko zdobyłem złoto, ale przy okazji pobiłem dwa rekordy Polski w swojej kategorii wiekowej. Wtedy nie było już odwrotu.

— Cel został zrealizowany. Domyślam się, że przyszedł czas na kolejne.
— Dokładnie. W efekcie 5 razy sięgnąłem po mistrzostwo Europy, dwukrotnie wywalczyłem srebrny medal mistrzostw świata. Nim się obejrzałem, dwukrotnie sięgnąłem po tytuł mistrza świata, a także puchar świata...

— Dość spory repertuar.
— Zaczynając przygodę z ciężarami nawet nie myślałem, że leży to w moim zasięgu. A jednak się udało.

— Przejdźmy do ostatnich zawodów: mistrzostwa Europy. Uzyskał pan wynik 150 kg, który przyniósł złoto w kat. MASTERS. Jak ocenia pan ten rezultat?
— Szczerze? Zakładałem dużo lepszy wynik.

— Tzn?
— Plan był taki, by wycisnąć 170. I w zasadzie nie brakowało wiele, bo 165 kg miałem już w górze, lecz sędziowie podeszli do tematu niesamowicie skrupulatnie. Dopatrzyli się, że nie miałem do końca wyprostowanego nadgarstka. W efekcie sztanga była w górze, lecz próba nie została zaliczona. Nie mam jednak do nikogo pretensji. Najprawdopodobniej było właśnie tak, jak to przedstawili. Poza tym i tak zdobyłem 1. miejsce, więc zgłaszanie jakichkolwiek wątpliwości było kompletnie bezzasadne.

— Zawody tym razem odbywały się w Polsce, więc nie było aż tak daleko. Co jednak, gdy organizowane są za granicą? To duże koszta.
— Na tę chwilę jakoś daję radę. Mam grono kolegów, którzy trzymają za mnie kciuki i pomagają mi w miarę możliwości. Dzięki nim startowałem m.in. w Austrii, Niemczech, Chorwacji, Czechach, Łotwie, Estonii czy na Węgrzech... Ta pomoc jest niesamowicie ważna właśnie przy wyjazdach, które pochłaniają znacznie więcej środków. Na miejscu trzeba pojawić się odpowiednio wcześniej nie tylko, by się zapisać i dopilnować spraw technicznych, ale i by przygotować się do tego wyzwania fizycznie. Nie ma tak, że ktoś przyjeżdża, powie dzień dobry, zrobi krótką rozgrzewkę i kładzie się na ławkę. To mija się z celem. Tanie nie jest zresztą nawet zwykłe dopełnienie wszystkich formalności, jak np. wykupienie licencji. Potrafi kosztować ładnych parę euro, a organizatorzy większych imprez podchodzą do sprawdzanie ich bardzo poważnie.

— Sporty siłowe to nie piłka nożna, która emanuje z każdego telewizora. W ciężarach jest szansa na konkretniejszych sponsorów?
— Fakt, sporty siłowe nie były i nie są aż tak popularne. Daję jednak radę, bo nigdy nie oczekiwałem dużego wsparcia. Staram się, by wystarczyło chociaż na stosowne licencje. Do startów przygotowuję się za własne, prywatne pieniądze.

— Podpytałem nieco pana znajomych. Usłyszałem, że bycie mistrzem ciężarów łączy pan z... pracą taksówkarza.
— Tak, dokładnie. Na brak zajęć nie narzekam, lecz zawsze znajdę w ciągu doby nieco czasu, by pójść na trening.

— Siła przydaje się przy tej robocie? Czasem ludzie, zwłaszcza pijani, próbują różnych głupich numerów...

— Czasem się o tym słyszy, ale ja na szczęście nie miałem nigdy w pracy sytuacji, w której musiałbym używać argumentów siłowych. A jeśli już, to mogę jedynie chętnie pomóc uporać się z ciężkim bagażem.

— Przepraszam za bezpośredniość. Kawał z pana chłopa. Nie czuję się pan w "taksie" jak w puszce?

— (śmiech) Nie, na pewno nie. Jeżdżę nieco większym autem, więc na brak komfortu w pracy nie narzekam. To było konieczne, bo - faktycznie - w poczciwego "malucha" to trudno byłoby się zmieścić.

— Przepytałem pana znajomych jeszcze troszkę. Wiem, że ponadto znalazł pan czas, by pracować jako ratownik wodny.
— Przyznaję, dobre informacje. Ale tylko w okresie wakacyjnym. Decyzja była o tyle łatwiejsza, że bardzo lubię przebywać nad wodą.

— Miewa pan wyrzuty sumienia?
— Tzn?

— Przykładowa sytuacja. Przychodzi młodzik z dziewczyną na plażę, a jego klata - w porównaniu do pańskiej - prezentuje się smutno jak lej po bombie.
— (śmiech) Takich tragedii raczej nie ma. Przyznaję jednak, że co jakiś czas podchodzą młodsi, wyraźnie zaciekawieni. Podpytują co i jak ćwiczę. Czasem wymieniamy się doświadczeniami. To miłe.

— Odnoszę wrażenie, że jest pan trochę takim człowiekiem-orkiestrą. Tu zdobędzie tytuł mistrza, tu uratuje topielca, tam dowiezie na ostatni pociąg...
— Być może coś w tym jest. Staram się po prostu wyciągać z życia tyle, ile jestem w stanie.

— Nie bywa pan zmęczony tak wysokim tempem?
— Jeszcze nie. Na tę chwilę wszystko udaje mi się ogarnąć. Czasem ciut lepiej, czasem ciut gorzej, ale daję radę.

— Do kiedy zamierza pan trenować na takim poziomie?

— Jak najdłużej. Na ile tylko pozwoli zdrowie. Nie chcę jednak robić nic na siłę. Obecnie wiem, że nie jest to dla mnie niebezpieczne. Podchodzę do wszystkiego na chłodno, z głową. Jeśli przyjdzie czas, że treningiem będę mógł zrobić sobie krzywdę, wtedy zastanowimy się nad modyfikacją planów. Przez te wszystkie lata zgromadziłem nieco doświadczenia i wiedzy, cały czas się zresztą doszkalam. Czytam o nowinkach treningowych, odżywianiu... Jeśli będzie coś nie tak, to będę o tym wiedział. A teraz? Jest jeszcze kilka celów do osiągnięcia.

— Co obecnie ma pan na celowniku?

— Obecnie trenuję "na ilość powtórzeń", czyli mowa o konkurencji, w której wyciska się połowę ciężaru własnego ciała. Niedawno w Kętrzynie uzyskałem wynik 101 powtórzeń, wyprzedzając wielu solidnych 20-latkow i 30-latków.

— Jak przekłada się to na słynne 100 kg?
— Mój najlepszy wynik z setką na sztandze to obecnie 33 powtórzenia. Będzie jednak lepiej, w tej konkurencji nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Jeszcze się rozkręcę.

— Ma pan zaszczyt występowania z orłem na piersi. Po tylu startach to już rutyna czy wciąż pojawia się przejęcie związane z reprezentowaniem bieli i czerwieni?
— W dalszym ciągu to niesamowite uczucie. To się nigdy nie nudzi. Ta cała otoczka, gdy widzi się reprezentantów innych krajów, każdy pod swoją flagą...

— Wzrusza się pan, gdy grają Mazurka Dąbrowskiego?
— Gdy stoi się na pierwszym stopniu podium, a z głośników płynie hymn, to pewnie, że tak. To takie prawdziwe docenienie tego, czego na co dzień nie widać: systematycznego treningu i długich przygotowań. Świadomość, że w tym wszystkim nie jest się jedynie statystą.

— Proszę znów wybaczyć bezpośredniość. Jeśli pana rówieśnicy lubią sport, to raczej z perspektywy wygodnej kanapy i telewizora. Widziałby się pan w tej roli?
— Nie, na pewno nie. Po prostu lubię sport. Gdy przychodzi wieczór wręcz nie mogę się doczekać, by móc wreszcie pójść na trening i rozładować energię. Oczywiście na siłowni trzeba się zmęczyć, ale to takie pozytywne zmęczenie. Dające satysfakcję i dużo przyjemności. Muszę być naprawdę padnięty, by odpuścić ćwiczenia. Ale wtedy to kwestia rozumu, który mówi, by nie pchać się na salę na siłę, bo w takim stanie można sobie narobić biedy.

— Wielu powie, że im dalej z wiekiem, tym trudniej o wyniki bez "niedozwolonego" wspomagania.
— Być może, ale to bez sensu... i chyba dotyczy głównie młodszych. Przez te 30 lat na siłowni widziałem wielu tych, którzy próbowali "iść na skróty". Przyznaję. Przez chwilę im się to udawało. Błyszczeli na jednych, drugich zawodach... Później jednak słuch o nich ginął. Okazywało się, że przy wspomaganiu najwyraźniej źle ocenili możliwości swojego organizmu. Ktoś zerwał mięśnie klatki, drugi uszkodził bark... Biorąc takie rzeczy trzeba sobie zadać pytanie: co potem? Organizm w końcu kiedyś się musi zbuntować, a wówczas już nie jest do śmiechu.

— Stosuje pan jednak jakieś suplementy?
— Podstawą jest przemyślana, zrównoważona dieta. 5 wartościowych posiłków co 3 godziny, całość dostosowana do potrzeb organizmu. Suplementy również się pojawiają, ale tylko te dozwolone i tylko jako dodatek. Aminokwasy, witaminy... Takie rzeczy, które pozwalają lepiej się regenerować, a jednocześnie bronią przed spalaniem mięśni itd.

Rozmawiał: Kamil Kierzkowski

2001-2024 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, Galindia Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5