Poniedziałek, 14 października 2019. Imieniny Alany, Damiana, Liwii

Trudniej dźwigać wielkie ciężary, czy 50-tkę na karku?

2016-10-15 20:06:50 (ost. akt: 2016-10-15 20:14:14)
Jarosław Rutkowski ze sztangą... nieco większą niż zazwyczaj.

Jarosław Rutkowski ze sztangą... nieco większą niż zazwyczaj.

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

Jarosław Rutkowski zaprezentował się ze świetnej strony podczas ostatnich Mistrzostw Świata MASTERS w podnoszeniu ciężarów, które ściągnęły do niemieckiego Heinsheim całą obecną czołówkę sportów siłowych. 50-letni zawodnik z niewielkiego Srokowa - w rozmowie z Kamilem Kierzkowskim - odsłania kulisy zmagań turniejowych oraz udowadnia, że sukces w tej dyscyplinie, wbrew stereotypom i licznym aferom, można osiągnąć bez wspierania się nielegalnymi "wspomagaczami".

— Przygotowując się do rozmowy starałem się zapoznać z pana dokonaniami. Tak szczerze: wybitnych sztangistów o pana nazwisku nie brakuje. A co najlepsze - cała piątka, do której dotarłem... to właśnie pan z braćmi. Jak to się stało, że wszyscy wzięliście się za ciężary?
— Tak się złożyło, że mieszkaliśmy wówczas na pierwszym piętrze, a dosłownie pod nami był taki typowy garaż, z którego korzystała miejscowa Straż Pożarna. Z czasem zorganizowano w niej malutką siłownię i - siłą rzeczy - z czystej ciekawości zdarzało się nam tam zaglądać. Początkowo nawet nie chodziło w ogóle o trenowanie. Do tego doszliśmy po śladach najstarszego z braci - Andrzeja, który jako pierwszy wziął się za ciężary. Później wciągaliśmy się w to po kolei, dokładnie według wieku. Po Andrzeju zaczął trenować Dionizy, Bogdan, później ja, a na samym końcu najmłodszy z nas - Marek. Trenowaliśmy, podpatrywaliśmy, co robią starsi zawodnicy. Przybrało to formę takiej rodzinnej pasji. Dość szybko wypatrzył nas miejscowy trener - Zdzisław Hryniewiecki, który nie tylko znał się na rzeczy, ale i dostrzegł w nas potencjał. Zwłaszcza w Andrzeju, który miał chyba najlepszą smykałkę do tego. Trener Hryniewiecki - z tego co wiem - dalej jest trenerem, choć obecnie w Bartoszycach. Spod jego ręki wyszło wielu naprawdę przyzwoitych zawodników, którzy zdołali wywalczyć kilka ładnych tytułów.

— Dzięki jego poradom, wspomniany Andrzej otarł się nawet o Igrzyska Olimpijskie.
— Tak, dokładnie. Przygotowywał się do Olimpiady, był w kadrze i żył nią. Pewne osobiste sprawy, o których nie chcę jednak mówić, sprawiły, że musiał wówczas zrezygnować z udziału.

— Pańska mama musiała Waszą piątkę naprawdę solidnie karmić w dzieciństwie. Wszyscy wyrośliście na facetów, na których "marna" setka kilogramów wydaje się nie robić większego wrażenia...
— Z pewnością nie narzekaliśmy. Choć trzeba przyznać, że w latach 70. i 80., jak to w tamtych czasach, nie zawsze było znów aż tak wiele, by do tego garnka wrzucić. Co było jednak w zasięgu, to Mama zawsze nam gotowała, a my nie byliśmy raczej z tych, którzy kiedykolwiek kręciliby nosem. Dzięki rodzicom poszliśmy w dobrą, sportową stronę. Starali się nas tak wychować, byśmy sobie poradzili w życiu. Myślę, że im się to udało.

— Jest pan żołnierzem. Z takim wsparciem siłaczy nie woleliście otworzyć jakieś firmy z przeprowadzkami czy "działu windykacji"?
— (śmiech) Nie, takich myśli nigdy nie było. Poza tym: dość szybko każdy z nas poszedł w swoją stronę. Każdy założył rodzinę i - niestety - trochę rozrzuciło nas później po świecie. Andrzej w Kętrzynie, ja w Srokowie, Dionizy - w Katowicach, Bogdan - w Gdyni, a Marek - aż w Szwecji.

— Któryś z braci, poza panem, wciąż startuje w "ciężarach"?
— Nie, już nie. Marek wprawdzie jeszcze dwa lata temu jeździł na zawody, a nawet startowaliśmy w nich razem. Na chwilę obecną jednak zakończył "ciężarową" karierę, więc zostałem ostatnim z naszej piątki, który kontynuuje rodzinną tradycję startów w tej dyscyplinie.

— Skupmy się na ostatnich Mistrzostwach Świata w Niemczech. Piąte miejsce: sukces czy porażka?
— Zdecydowanie sukces. Patrząc przed zawodami na listę startową, widząc te wszystkie nazwiska, nie sądziłem, że uda się zająć tak dobrą lokatę. Udało się jednak i jestem bardzo zadowolony.

— Osiągnął pan w dwuboju wynik 180 kg (78 kg "rwanie" + 102 kg "podrzut). Wynik był realizacją założonego wcześniej planu, czy liczył pan na więcej?
— Tutaj już niestety czuję pewien niedosyt. Pierwsze dwa podejścia z trzech udało mi się zaliczyć ładnie i przyzwoicie. Przy ostatnim rwaniu podszedłem do 81 kg, ale niestety nie wyszło i spaliłem. W podrzucie natomiast... Tutaj myślę, że sędziowie nieco mi podcięli skrzydła. Podrzuciłem 104, ale niestety dopatrzyli się gdzieś jakiegoś błędu. Niezbyt wiem co dokładnie mogli mieć wówczas na myśli, ale przyjąłem ich decyzję ze spokojem. Dałem z siebie wszystko, starałem się o jak najlepszy wynik i to się dla mnie liczy. A że nie zaliczyli... cóż - pozostanie niedosyt, ale nic więcej.

— Występował pan w kat. wiekowej 50-54 lat do 77 kg. Na pierwszy czynnik wpływu pan nie miał, ale na drugi - jak najbardziej. Był to zamierzony limit?
— Tak, jak najbardziej zamierzony. Lata temu startowałem w kategoriach do 56 kg, później z wiekiem przechodziłem do 62 kg i 69 kg. Zatrzymałem się jednak na 77 kg i - tak mi się wydaje - w innej już startował nie będę. Trzeba też szczerze przyznać, że również wiek robi swoje. Staram się jednak trzymać wagę i jak najlepszą formę.

— Stosuje pan przy tym jakąś specjalną dietę czy suplementy?
— Powiem tak: nigdy nie używałem i nie używam żadnych "wspomagaczy". Przy osiąganiu limitu wagowego robię wszystko naturalnie. Po prostu - odpowiednie żywienie plus wysiłek fizyczny, a limit robi się sam. Odżywki, jeśli już, to tylko i wyłącznie na wzmocnienie kości: mam już swoje lata, pewnych rzeczy się nie oszuka. Są to jednak środki w pełni bezpieczne i w pełni dozwolone.

— Czyli raczej preferuje pan "staropolski dopalacz" w postaci np. wielkiego schabowego?
— (śmiech) Dokładnie, jak najbardziej. A nawet powiem więcej: do tego schabowego świetnie spisuje się czasem zimniutka "setka". Oczywiście typowo dla zdrowia, na trawienie.

— Wiele osób utożsamia jednak siłownię z całym szeregiem tzw. "sterydów". Podstaw ku temu dostarczyła także ostatnia afera w szeregach polskiej reprezentacji na Olimpiadę w Brazylii...
— To trudna kwestia, niełatwo powiedzieć cokolwiek na ten temat. Sprawa braci Zielińskich (podczas Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro wykryto w ich organizmie zakazane substancje - przyp. red.), do których pan nawiązuje, to faktycznie kiepska kwestia dla wizerunku sportów siłowych. Pojawiło się tam jednak kilka poważnych znaków zapytania, więc nie chcę drążyć tego tematu. Mogę mówić tylko za siebie: opieram się na naturalnych środkach, nie brałem niczego innego. Myślę, że nie byłoby to zresztą warte ani ryzyka, ani zdrowia.

— Czyli jednak, mimo wszystko, jest w tym stereotypie ziarno prawdy?
— Jakaś odrobina na pewno. W każdej dyscyplinie można znaleźć zawodników, którzy chcą "iść na skróty". Podnoszenie ciężarów nie jest tu wyjątkiem. Cóż jednak mogę powiedzieć: zdecydowanie polecam zdrowe podejście do tematu oraz walkę o sukces dzięki swemu talentowi i ciężkiej pracy, a nie różnym podejrzanym środkom. Dzięki temu nie miałem przez 36 lat uprawiania tego sportu żadnych kłopotów, a nawet - odpukać - poważnego urazu.

— Jak zmieniły się warunki do ćwiczeń na przestrzeni tych 36 lat? Trudno wyobrazić sobie wielką filozofię przy czymś takim jak sztanga.
— Wbrew pozorom zmieniło się sporo, w tym właśnie wspomniane sztangi. Pierwsze, do których mieliśmy dostęp we wczesnych latach, nie były nawet jednakowej wielkości. Stwarzało to dość poważne problemy. Te na których można trenować obecnie, nie różnią się niemal od tych, na których trenują najlepsi na świecie. Dzięki temu zdecydowanie łatwiej trenować i uzyskać lepszy wynik.

— Czym różnią się u pana treningi przed zawodami od tych, gdy nie szykuje się Pan do żadnego turnieju?
— Jeśli jest dość daleko do zawodów, to trenuję 2-3 razy w tygodniu. Oczywiście jeśli jest tylko czas, siły i chęci. 2 miesiące przed zawodami przechodzę jednak na tryb 3-4 treningów w ciągu tygodnia, by nadgonić z formą oraz by dostać większego "motora" i przygotować się do startu jak najlepiej.

— W listopadzie ruszy pan do Trzcianki walczyć o tytuł Międzynarodowego Mistrza Polski. Jak ocenia pan swoje szanse?
— To dość skomplikowana sprawa, bo w grę wchodzi tzw. przelicznik punktów Sinclaira - biorący pod uwagę stosunek masy ciała do podniesionego ciężaru. Dużo będzie zależało więc nie tylko od kilogramów na sztandze zawodników, ale i od ich kilogramów na wadze. Poziom będzie na pewno bardzo wysoki, to w końcu rozgrywki międzynarodowe, na których pojawią się reprezentanci z minimum 2-3 innych krajów. Chciałbym powtórzyć dobry start z ubiegłego roku, ale nie chcę też zapeszać. Dam z siebie wszystko.

— Pytanie na koniec. Pół żartem, pół serio: trudniej dźwigać wielkie ciężary czy 50-tkę na karku?
— (śmiech) Bardzo dobre pytanie. Szczerze mówiąc: sam nie wiem. Chyba i z jednym, i z drugim nie aż tak trudno. Staram się jak mogę, by udźwignąć wszystko mimo płynących lat. Nie przewiduję obecnie zwolnienia tempa. Póki starczy sił, chęci i zdrowia, będę starał się startować jak najdłużej i godnie reprezentować Polskę, 11 Mazurski Pułk Artylerii, w którym służę, a także nasz piękny region.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Zagraj w GRY.wm.pl

  • Goodgame Empire
  • Goodgame Big Farm
  • Goodgame Poker
  • Shadow Kings - The Dark Ages